99. Link

23 maja 2011 wind in the wires (2)

Rozpoczęłam swój własny ruch oporu. Każdego dnia, w każdej chwili, kiedy nie muszę myśleć o czymś innym, opieram się mentalnie. Opieram się powietrzu. Pogodzie. Przedmiotom, w ich głupim, nieruchomym, namacalnym byciu. Opieram się nieruchomości i ruchomości. Ciszy i odgłosom. Opieram się godzinom. Opieram się prawdzie. Opieram się także podtekstom i metaforom. Zmuszam się do picia gorzkiej herbaty. Sypiam bez większej przyjemności, jak zwierzę nieświadome cudu, jakim jest sen, ostatniej nocy śniła mi się jakaś Bastogne, fajerwerki wybuchów, moździerze, krzyki, S-4, prowizje, których nie byłam w stanie dostarczyć na front. Obudziłam się i przez chwilę, której prawie nie było, wszystko miało sens, dopóki nie zasnęłam znowu, jeszcze wypatrując w ciemności zarysów drzew i śniegu.
Wszystko jest. Tego, czego nie ma, nie ma. To bycie rzeczy i ciał doprowadza mnie do szaleństwa. Są ściany mojego pokoju, jest podłoga, są krzesło, regał, dywan, opieram się im wszystkim, a w międzyczasie Ziemia się kręci, eksplodują gwiazdy, kończy się czas, każdego ranka budzi mnie radio, budzi mnie dzianie się spraw i słowa, słowa, słowa, puste, ludzkie, przetasowywane w nieskończoność (dopóki nie skończy się czas) słowa, które tworzą nieskończoną ilość zdań, które tworzą cały bezmiar znaczeń, pośród tego wszystkiego jednocześnie stoję w miejscu i błądzę, jak coś, czego nie ma (ale przecież jest! jestem!), co nie ma punktu odniesienia, co nie może się nigdzie zatrzymać, zakotwiczyć, co nie potrafi wyrwać się z tego obłędu materialności.
Być może to nuda, nuda wszechogarniającego typu, nuda braku sublimacji, braku potrzeby, pragnienia, chęci, radości, smutku, dramatu, znaczenia, celu, ambicji. Już prawie północ. Skończył mi się tytoń.

98. Link

16 lutego 2011 wind in the wires (5)

Widzisz ją, jak stoi na tarasie - alabastrowa, posągowa, o oczach w kolorze gór jesienią i smukłej, napiętej szyi. Widzisz, jaka jest wyprostowana i czujna, i jeśli znasz ją wystarczająco dobrze, w tej niemej, królewskiej pozie usłyszysz rozpacz i szloch. Armia wyrusza na wschód, młodzi chłopcy i mężczyźni patrzą wprost przed siebie: każdy obawia się zdradliwego spojrzenia w dół, na tą ziemię, którą umiłowali ich ojcowie i pradziadowie. Lecz to nie jest jej ojczyzna. Ten, który łączy ją z tym białym, znienawidzonym krajem, odchodzi. Na czele równej kolumny, z ogniem w oczach i uniesieniem w piersi, odchodzi. I ona wie, że nie będzie powrotu, że jej syn nie wróci nigdy z tych nieznanych i strasznych ziem, do których gnają go brednie i młodość. Bóg wina i szaleństwa szeptał jej to wprost do ucha całą poprzednią noc. Nie można płakać, nie ma co opłakiwać. Och, jakże go kochają, nazywają boskim i pięknym, za tysiąc lat ktoś powie: Wielki. Jej pękające serce to niewielka cena za nieśmiertelność tego jedynego, którego kocha. Ona wie. Daleko na północy wiatr przynosi dziwne myśli i widzenia. Ona wie. Jego już nie widać; nie odwrócił się, nie spojrzał na nią po raz ostatni, już jej nie pamięta, ogarnięty gorączką, która przyniesie jego koniec. Ona jeszcze unosi dłoń, opuszkami palców muska jej wnętrze. Widzisz, jaka jest piękna i smutna, widzisz wahanie, kiedy odwraca się w stronę pałacu, i teraz już wiesz coś, czego ona nie pojmie nigdy: że ten moment ją pobłogosławił, tak, jak nigdy nie mógłby tego zrobić jej bóg. Wiesz, że kiedy w odległych świątyniach będą rozrzucać popiół na cztery strony, ją w środku nocy obudzi jakiś niepokój, lepki strach. Wiesz, że straci rozum. Wiesz, że od jutra, przez lata, każdego ranka, tuż po przebudzeniu, pobiegnie do okna, i nie widząc tego, którego oczekuje, będzie spuszczać wzrok, zagryzać wargi.

97. Link

30 stycznia 2011 wind in the wires (1)

Ze ściany nad biurkiem patrzą na mnie marmurowe twarze osób, martwych od wielu, wielu lat. Nieruchomy wzrok ich pozbawionych źrenic oczu mnie zaklina, deklinacje ich imion, recytowane tak często, wypisywane na papierze giętkim, kwiecistym alfabetem, stały się poezją samą w sobie, ale poezją ważniejszą, mroczną, taką, nad którą nie sposób przejść do porządku dziennego, która wpaja się w mózg swą obcością i wielkim przeminięciem, która wymaga zrozumienia i to zrozumienie odpycha. Uczepiam się tych ludzi, a oni stają się mi bliscy w sposób, w jaki bliska może być swędząca wysypka, zaczerwienione rozcięcie skóry, ból, do którego się przyzwyczaja, ale który przez to staje się tym bardziej przerażający, kiedy się go sobie na nowo uświadamia. Uczepiam się ich, a oni nie mogą przecież uciec, utrwaleni na zawsze w słowach, którym oni sami nadali potęgę i najpiękniejsze znaczenia. Mimo to, wymykają mi się, jak dym zwierzęcych trupów palonych na ofiarnych ogniach, ulatujący w noc, jeszcze gryzący w gardle.

Starożytni Grecy skończyli się tak jak wiele światów przed nimi, i po nich. To, co po sobie pozostawili, trwa do dziś tylko powierzchownie, przefiltrowane wiekami zmian perspektyw, adaptacji, analiz. Ich wszechświat, ich kosmos, różni się od naszego tak fundamentalnie, że stał się nie tyle nierozpoznawalny, ile nie do poznania. Olśniewająca biel marmurów, wszystkie te doskonałości i symetrie, akropole miast, które kiedyś toczyły swoje życia i swoje wojny, świątynie rozszalałe w prostocie swoich murów – wszystko to skrywa myśl gęstą od podtekstów, myśl zawiłą i perwersyjną, ale jednak myśl skończoną i zapatrzoną w siebie. Na tym właśnie polegał geniusz Sparty, że jej obywatele uświadomili sobie wagę tego zamknięcia, i w czasach tak odległych, że nie docierają do nas z nich prawie żadne przesłanki, postanowili, iż nie będzie im zależeć ani na wieczności, ani na uniwersalności. Na próżno szukać w Sparcie posągów czy filozofów – w mieście, które chlubiło się brakiem nawet najprostszych murów obronnych. Był to przejaw pewnej arogancji, ale arogancji uzasadnionej i wynikającej z braku potrzeby utrwalania, z realizacji, że świat jest, jaki jest, i nic ponadto. Słynne wychowanie spartańskie, system z pozoru brutalny i dziwaczny, służył takiej właśnie indoktrynacji i instalowaniu w młodych chłopcach skupienia na doczesności i akceptacji niesprawiedliwości życia. Społeczeństwo spartańskie to tajemnica; tajemnica jest jego istotą, a także najważniejszą spuścizną tej wioski w dolinie Eurotasu.
Dlatego też bitwa pod Leuktrą, w kilkadziesiąt lat po przeminięciu ateńskiego „złotego wieku”, w której Spartanie zostali pokonani przez innych Greków i która stanowi symboliczny moment upadku Sparty, jest tak naprawdę momentem znaczącym początek końca wielkości starożytnej Grecji. Grecy stracili wtedy swój punkt odniesienia, formę, do której mogli się porównywać i do której mogli dążyć; stracili Spartę, równocześnie znienawidzoną i doskonałą.
Co Sparta znaczy dla nas? Niewiele. Była ona zamkniętym w sobie światem i częścią rzeczywistości, która skończyła się raz na zawsze. Proste słowa kazachstańskiego poety, odnoszące się do tego ostatniego wielkiego człowieka pośród Hellenów, Aleksandra Macedońskiego, w swój powściągliwy – i idealny – sposób wyrażają naszą niemoc i fascynację, skazaną na wieczne niepoznanie i czyste zdumienie nad pięknem tego świata, który bezpowrotnie przeminął:

Świat pamięta Iskandra i jego czyny. Macedonia dała mu swoje berło. Iskander był synem Filipa. Jego życie było jednym długim snem o chwale.

96. Link

3 października 2010 wind in the wires (7)

dla M.


Teraz, kiedy jest już po wszystkim, możesz myśleć o niej tylko w czarno-białych fotografiach, tylko w kontekście tamtych kilku tygodni, z widokiem na góry i deszczową jesień w drewnianej ramie okna. Pamiętasz jej dłonie, kobaltowe paznokcie, rozłożone na stole jak karty tarota - jak książkowy bohater u krańca fabuły, miała już tylko przeszłość, kilka minionych lat, wszystkie wielkie miasta świata, które poznały jej krzyk i zatruły jej duszę. Powiedziała, ludzie mnie rozczarowują. Był październik, a Zakopane mogło poznać już tylko jej ciszę.
Na twoim ulubionym zdjęciu balansuje nad kałużą błota, w kaloszach i zbyt dużym palcie, z koronkową parasolką, a wszystko jest szare, czarne i szare, jej twarz w chwilowym profilu, nieznana myśl uchwycona na wieczność w jej oczach, ramiona już rozpostarte to lotu, do jej ostatniego lotu. Nie możesz sobie tylko przypomnieć, skąd ta parasolka, jak relikt z innego świata, dlaczego miała ją ze sobą akurat wtedy, tamtego dnia, w tamtym deszczu.
Zakopane znało jej ciszę. W jej ciszy, w szarych godzinach i wczesnych wieczorach, gromadziły się chmury, a z oddali słychać już było echa piorunów. Obserwowałaś ją, gdy wyglądała przez okno, a jeśli zaskoczyły ją twoje oczy, uśmiechała się łagodnie i mówiła, że kocha deszcz, i to miasto. Co rano budziłaś się i z kuchni pachniało już kawą. Każdego dnia miała na sobie ten sam stary sweter. Nie spodziewałaś się burzy.

95. Link

10 września 2010 wind in the wires (3)

Wyobraź sobie, wyobraź, że jest piątkowa noc, pierwsza albo druga nad ranem, cały dzień padał deszcz, asfalt ulicy za oknem sypialni, domy, samochody, liście drzew - wszystko błyszczy, wszystko jest chłodne, ciemne i pomarańczowe w świetle latarń, głosy ludzi idących chodnikiem, wysiedlony, podpity śmiech kobiet, zmęczone westchnienia autobusowych drzwi, finał kolejnego lata w mieście. W pokoju jest ciemno, czarna pościel pocięta niemrawym prześwitem zza zepsutych żaluzji, na łóżku leży on, z kołdrą zsuniętą do bioder, z miękkim łukiem białego ciała, oparty o ścianę, na łóżku leży on. Ona obserwuje. Przez gorzką rurkę papierosa filtruje sypialniane powietrze, zbutwiałe ciepło, seks sprzed godziny, kwaśny smak potu, słowa, których nie było, z niebezpiecznej odległości drugiego końca łóżka, obserwuje. Nie lubię, kiedy tak patrzysz, mówi on, jakbyś chciała mnie pożreć, nie wiem, rozerwać na strzępy i potem się w nich zagnieździć. Ona przez długą chwilę nie mówi nic, odwraca wzrok, gasi papierosa w lazurytowej popielniczce. Odzywa się w końcu, pyta, dlaczego znajomi mówią na niego tak a nie inaczej. On odpowiada, znowu jest cisza - taka cisza, na jaką stać letnią noc w mieście - potem wracają jej oczy, przestań, mówi on, nie patrz, kolejny papieros, jej pytanie, czy chodzi o to, że jest Żydem, jego ostra odpowiedź, fuck you, mówi on, a ona przypomina sobie, jak kiedyś lubiła jego arogancję, ślepy chłód, szorstkość gestów, głupią, zakochaną w sobie pustkę jego duszy. Myśli o podobnej nocy sprzed kilku tygodni, jego twarzy i szarych oczach, oprawionych czarną poduszką, palących dłoniach na jej pośladkach i wilgotnych udach w mocnym uścisku jej ud - i nagłym śmiechu szaleńca, który eksplodował niezapowiedziany niczym w zwyczajnych westchnieniach i szeptach, o groteskowych ustach, sprośnych jak uśmiech obłąkanego klowna, o tym śmiechu, jak wilczy skowyt do niepojmowalności księżyca, który tak naprawdę nie zamilkł i pewnie nie zamilknąłby nigdy, w środku nocy wyrywając ze snu. Nagle wszystko staje się jasne, i wie już, że ta noc za chwilę się skończy, zacznie się jesień, a on rano wyjdzie bez słowa, i tak już zostanie.



poprzednia //

archiwum

2015

wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

kategorie

linki

© 2003-2007 copyright ownlog.com